Lofoty cz. 2 – z Kvalviki do Svolvær i z powrotem do Moskenes

Niniejszy wpis jest bezpośrednią kontynuacją pierwszego odcinka naszych przygód w Norwegii. Zastaje nas w namiotach na plaży Kvalvika, gdy rano po raz pierwszy wychylamy głowy z namiotów.

Widok na plażę Kvalvika od północy
Widok na całą okolicę z podejścia pod Ryten

Po spożyciu śniadania udaliśmy się na górę Ryten (543 m. n.p.m.) W miejscach gdzie teren był podmokły, na szlaku zamontowane były drewniane mostki. Na podejściu cały czas mieliśmy widok na plażę Kvalvika, co dało nam możliwość fotografowania jej z wielu różnych ujęć. Ale nie tylko Kvalvika przyczyniła się do atrakcyjności tej wycieczki. Widok na okolicę był moim zdaniem najlepszym jaki dane nam było podziwiać na Lofotach. Widać było góry, morze i okoliczne fiordy. Krajobraz nieskażony cywilizacją. Do pełni szczęścia brakowało nam tylko słońca, które zza chmur wyszło dopiero tuż przed naszym pójściem spać.

Kvalvika i sąsiednia plaża Vestervika widziane z okolic szczytu Ryten; za nimi wznoszą się szczyty Moltinden (na pierwszym planie) oraz Litljordtinden i Kjerringa (na drugim planie)
widok na górę Fugelhuk oraz ujście potoku Stokkvikelva z Ryten

Tego dnia mieliśmy jeszcze w planach zwinięcie obozowiska, powrót do samochodu, znalezienie miejsca na nocleg i wycieczkę na sąsiednią plażę Horseid. Namioty rozbiliśmy na kempingu Skagen, skąd po zjedzeniu obiadu udaliśmy się do Selfjorden. Wyszliśmy stamtąd o 20:30 z nadzieją, że z góry obejrzymy Midnight Sun i plażę Horseid. Trasa była bardzo urozmaicona pod względem przyrodniczym. Początkowo wiodła po podmokrym terenie wzdłuż fiordu (tutaj już mostków nie było), a z czasem coraz bardziej pięła się w górę. Na podejściu złapał nas deszcz, a gdy już doszliśmy na przełęcz, chmury nie chciały się rozstąpić. Na pocieszenie został nam widok na jezioro Solbjørnvatnet. Gdybyśmy podeszli jeszcze kawałek dalej, zobaczylibyśmy plażę Horseid, ale na ten dzień mieliśmy już dosyć wrażeń. Na kemping wróciliśmy o 2:30 i wtedy właśnie na chwilę zza chmur wyszło słońce.

okolice Selfjorden – początek szlaku Horseid z widokiem na Tverfjellet
Widok z przełęczy w kierunku południowym, na pierwszym planie szczyt Krokhammartindan, po lewej – jezioro Solbjørnvatnet i masyw ze szczytem Klokketinden

Po tak intensywnym dniu, kolejny przeznaczyliśmy głównie na podróż samochodem we wschodnie rejony Lofotów. Kluczowy był oczywiście dobór odpowiedniej ścieżki dźwiękowej. Muzyka dodawała naszej podróży dodatkowy wymiar, który jednak w tym wpisie nie zostanie ujęty. Pierwszym przystankiem na naszej trasie było Vikten – miejscowość, w której funkcjonuje huta szkła. Można było zobaczyć jak pracownik huty wytwarza szklane naczynia na miejscu. Po drugiej stronie ulicy mieści się kawiarnia, której wnętrze bogate było w różne dzieła sztuki. Kawa i ciastko w takim miejscu smakowały wyśmienicie.

Z wyspy Flakstadøya przemieściliśmy się na Vestvågøyę, a następnie na Austvagsoyę, która jest największą wyspą Lofotów. Pierwszym naszym przystankiem tam była miejscowość Henningsvær. Był to doskonały moment na przerwę w podróży, bo gdy tylko tam dotarliśmy, zza chmur wyszło słońce. Henningsvær położone jest na wyspach, a większość domów znajduje się tuż nad brzegiem morza. Miejscowość ta słynie z boiska położonego na południowym krańcu jednej z wysp. Po wejściu na skalisty klif, mogliśmy podziwiać okazały widok na boisko i na miasteczko. Nieopodal na żerdziach suszyły się ryby.

skaliste wybrzeże wyspy Hellandsøya w Henningsvær

W ten oto sposób dotariśmy do Svolvær – stolicy Lofotów. Gdy przejeżdżaliśmy przez miasto, nie zrobiło ono na nas wielkiego wrażenia. Po ugotowaniu i zjedzeniu obiadu, postanowiliśmy wspiąć się na górę Fløya, skąd rozpościera się widok na Svolvær i okolice. Po drodze mieliśmy okazję minąć słynną skałę Svolvaergeita o charakterystycznym podwójnym wierzchołku. Podejście było momentami strome i zabezpieczone linami. Dość szybko wspieliśmy się na wysokość, z której było dobrze widać całe miasto. Niestety po pewnym czasie naszą górę zaczęły pokrywać chmury i dalsza wspinaczka nie miała już sensu. Gdy zeszliśmy na dół była już godzina 23 i udaliśmy się w poszukiwanie miejsca na nocleg.

Widok na Svolvær z podejścia pod górę Fløya

Długo szukaliśmy miejsca gdzie moglibyśmy zostawić samochód i rozbić namioty. Nie było to jednak takie łatwe, bo teren wzdłuż drogi był cały pogrodzony. W końcu dojechaliśmy do kempingu Hov na niewielkiej wyspie Gimsøya. Przed pójściem spać mieliśmy okazję zanurzyć nogi w morzu i patrzeć na wodę oraz na zachmurzone niebo rozświetlone przez słońce, które raz na jakiś czas wychodziło zza chmur. To był jeden z ostatnich momentów podczas naszego pobytu na Lofotach, kiedy mogliśmy nacieszyć się widokiem słońca.

Następnego dnia udaliśmy się w podróż powrotną do Moskenes. Po drodze zatrzymaliśmy się w miejscowości Reine, przez wielu uważanej za najatrakcyjniejsze miejsce na Lofotach. Niestety trwający akurat remont szlaku nie pozwolił nam na wejście na górę Reinebringen – jeden z najsłynniejszych punktów widokowych w Norwegii. Ze względu na pogodę, widok nie byłby jednak aż tak okazały jak w słoneczne dni. Mimo to sama miejscowośc zrobiła na nas ogromne wrażenie. Pobyt w niej rozpoczęliśmy od wizyty w kawiarni, a zakończyliśmy przyrządzeniem i zjedzeniem obiadu. O ile wcześniej żywiliśmy się głównie jedzeniem przywiezionym z Polski, to tym razem częścią naszego posiłku były słynne skandynawskie pulpety, w Norwegii znane jako Kjøttkaker. Między posiłkami udaliśmy się na spacer po Reine. Czerwone domki na tle fiordu i wyniosłych szczytów, pomimo kapryśnej pogody prezentowały się niezwykle okazale.

Widok na okoliczne wyspy i masyw Klokketinden (w centralnym punkcie) widziany niecałe dwie doby wcześniej z przeciwnej strony, po lewej: fragment pasma Reinebringen i Munken, które jeszcze tego samego dnia zobaczymy od drugiej strony

Z Reine udaliśmy się prosto do Moskenes, a właściwie do sąsiedniego Sørvågen, gdzie oddaliśy samochód. Tam też rozpoczyna się szlak pieszy wiodący na Hermannsdalstinden (1029 m n.p.m), najwyższą górę zachodniej części Lofotów. Ze względu na ograniczenia czasowe, nie planowaliśmy wejścia na ten szczyt. W tych warunkach pogodowych nie byłoby to i tak nic przyjemnego. Naszym celem była chatka Munkebu, położona u stóp szczytu Munken (po polsku – Mnich). Szlak przechodził przez szczyt Djupfjordheia (512m) położony niedaleko chaty. Trasa była atrakcyjna pod względem przyrodniczym i również, pomimo nieustannie padającego deszczu, pod względem widokowym.

widok na jezioro Stuvdalsvatnet z podejścia pod górę Djupfjordheia
Jezioro Tridalsvatnet i spływający do niego wodospad, w tle – góra Støvla (po prawej) i Tinddalstinden (po lewej)

Chata Munkebu należy do Norweskiego Towarzystwa Turystyki Górskiej (DNT) i tylko jego członkowie (oraz sądząc po wpisach w księdze meldunkowej – członkowie innych podobnych organizacji w Skandynawii) mogą dostać do niej klucz. Na szczęście tego dnia akurat nocowały tam dwie starsze panie, które w dodatku wcześnie poszły spać i zwolniły nam całą kuchnię. Był też piec, dzięki któremu mogliśmy wysuszyć wszystkie ubrania, a także kuchnia turystyczna. Ze względu na stale padający deszcz, zrezygnowaliśmy w końcu z noclegu w namiotach.

Widok ze szlaku trawersującego Moldtinden; po prawej – jezioro Tennesvatnet, po lewej – Krokvatnet, pomiędzy nimi szczyt, na który weszliśmy podczas porannej wycieczki z Munkebu, po lewej w chmurach – Hermannsdalstinden

Następnego dnia padało już trochę mniej. Poszliśmy dalej szlakiem w kierunku Hermannsdalstinden. Obeszliśmy jezioro Tennesvatnet i wspięliśmy się na szczyt po jego drugiej stronie o wysokości 420 m. Końcowy odcinek pokonywaliśmy przy zerowej widoczności i dalsza droga nie miała już sensu. Wróciliśmy więc tą samą drogą aż do Sørvågen, gdzie zjedliśmy obiad, a następnie szosą do Moskenes (niestety nie było innej drogi). Tam po bezskutecznym poszukiwaniu innego miejsca na namioty, zanocowaliśmy na tym samym kempingu, co naszego pierwszego dnia na Lofotach.

widok na jezioro Sørvågvatnet i górę, z której podziwialiśmy Midnight Sun w nasz pierwszy wieczór na Lofotach

Następnego dnia rano wsiedliśmy do autobusu, który miał nas zawieźć do Bjerkvik, skąd mieliśmy udać się w kierunku Senji. W ten sposób zakończył się nasz tygodniowy pobyt na Lofotach. Pogoda nie nastrajała optymistycznie na kolejne dni. Jednak, jak się później okazało, trzecia część wyjazdu była nie mniej udana niż poprzednie.