Senja i Tromsø – najbardziej polarna część podróży do Norwegii

Nie było łatwo dostać się na Senję z Lofotów. Liczącą ponad 450 km trasę z Moskenes do Finnsnes pokonaliśmy autobusem z przesiadką w Bjerkvik. Pogoda od kilku dni nie dopisywała i prognozy na kolejne dni też nie były optymistyczne. Z tego powodu przybyliśmy na Senję o jeden dzień później niż planowaliśmy. Powitał nas tam Ottar z Halogalandii spoglądający z pomnika na fiord Finnfjorden. W Finnsnes wszystko wyglądało inaczej niż na Lofotach. Miasto żyło własnym życiem i nie widać było tam turystów. Ze środków transportu korzytali głównie miejscowi.

Szybko przedostaliśmy się do Lysnes, gdzie przesiedliśmy się w autobus do Senjahopen, który po drodze zajeżdżał do Fjordgård. Do miejscowości u stóp góry Segla nie jest łatwo dojechać. Gdybyśmy z jakichś powodów spóźnili się na któryś z autobusów, nie mielibyśmy już szans na dodarcie tam w inny sposób niż autostopem. Jedyna droga do Fjordgård wiedzie tunelami o szerokości jednego pasa ruchu, wydrążonymi pod górami Barden i Daven. Chyba nikt się nie spodziewał, że ktokolwiek tego wieczora będzie chciał się dostać do wioski pod Seglą. W jednym z tuneli trwał akurat remont i autobus musiał czekać pół godziny.

Kiedy wreszcie udało nam się wyjechać spod góry Barden, spotkała nas kolejna przykra niespodzianka. Senja przywitała nas nadspodziewanie ładną pogodą, ale wyglądało na to, że wszystkie deszczowe chmury zgromadziły się nad Fjordgård. W dodatku okazało się, że z powodu remontu drogi, jedyne miejsce biwakowe w okolicy jest niedostępne. Dojście do niego okrężną drogą też było wykluczone ze względu na podmokły teren. Z tego powodu, niewiele miejsc kwalifikowało się do rozbicia namiotu.

Uratowała nas wiata na skraju miejscowości, przy odejściu szlaku na górę Hesten. Wyposażona była w duży stół i ławy pokryte skórami reniferów. Pod dachem było wystarczająco dużo miejsca żeby rozłożyć się z rzeczami, a także – jak się później okazało – żeby rozstawić namiot. Wiata stała się naszym schronieniem i punktem wypadowym na wieczór i dwa kolejne dni spędzone w okolicy Fjordgård. Często dzieliliśmy stół z ludźmi, którzy parkowali nieopodal z zamiarem wejścia na Hesten i zatrzymywali się pod wiatą w celu spożycia posiłku. Ludzi było zaskakująco dużo jak na miejsce położone na końcu świata, ale nie na tyle dużo by było to dla nas uciążliwe.

Widok z podejścia pod Hesten na Senję i okoliczne fiordy: z lewej góra Stavelitippen, na pierwszym planie – Segla
Po lewej Segla, w tle – północno zachodnie rejony Senji

Wbrew prognozom pogody, nad ranem rozpogodziło się. Raz na jakiś czas zza chmur wychodziło słońce. Dzięki temu podchodziliśmy pod Hesten obserwując zmieniające się kompozycje świateł i cieni, podziwiając okoliczny krajobraz, na który składały się okoliczne góry i fiordy, a także chłonąć przestrzeń, która na Senji była wyjątkowo rozległa. Ale przede wszystkim w tej wędrówce na Hesten stale towarzyszył nam widok na Seglę, który przyciąga w to miejsce miłośników fotografii, przestrzeni i gór. Po wejściu na szczyt Hesten podeszliśmy pod ścianę Segli. Wiatr na przełęczy był jednak tak silny, że dużo czasu tam nie zabawiliśmy.

Deszczowa panorama z podejścia pod Seglę, po lewej góra Barden

Po obiedzie udaliśmy się na Seglę. Dosyć szybko pogoda zaczęła się psuć. Po pewnym czasie do nieustannie padającego deszczu dołączył grad. W okolicach szczytu widoczność była zerowa. Dlatego od razu po wejściu na szczyt rozpoczęliśmy zejście. Byliśmy doszczętnie przemoczeni. Postanowiliśmy resztę dnia spędzić w miejscowym barze o mało zaskakującej nazwie „Segla”. Była to doskonała okazja do spożycia wafli z serem karmelowym i dżemem oraz do wypicia miejscowego piwa. Przeglądając foldery i albumy zawierające opisy okolicznych gór, ubolewaliśmy nad faktem, że następny dzień będzie już ostatnim spędzonym na Senji. Przesiedzieliśmy w barze tak długo jak było to możliwe, a następnie wróciliśmy do naszej wiaty, by rozłożyć tym razem namioty w krzakach nieopodal.

Góra Arnakken widziana ze szlaku na górę Barden

Tego dnia przeszliśmy dwa z trzech szlaków turystycznych, które wychodzą z Fjordgård. Szlak wiodący na Barden zostawiliśmy na kolejny dzień licząc się z tym, że pogoda może nam pokrzyżować szyki. Jednak i tym razem mieliśmy dużo szczęścia. Chmury były wysoko i nawet kilkakrotnie wychodziło zza nich słońce. Przez całą naszą drogę na Barden mieliśmy pełną widoczność. Ze szczytu widok był na wszystkie strony i moim zdaniem był to najlepszy widok, jaki mieliśmy okazję podziwiać podczas naszego pobytu w Norwegii. Dzięki temu Senję opuszczaliśmy nasyceni pięknymi widokami i rozległymi przestrzeniami, na co wcale nie zanosiło się dwa dni wcześniej.

Widok ze szczytu Barden (659 m) w kierunku północnym: w centralnym punkcie miejscowość Fjordgård zasłonięta przez górę Arnakken, po lewej Segla, za nią dalsza część półwyspu z górami Ytste Kongen i Skultran
panorama ze szczytu Barden w kierunku południowym, Breidtinden w centralnym punkcie

Nie bez problemu dostaliśmy się do Lysnes. Na skutek zmian w rozkładzie, autobus w który celowaliśmy nie przyjechał. Dzięki uprzejmości napotkanych pod barem ludzi, udało nam się przejechać tunelem na drugą stronę góry, na której byliśmy kilka godzin wcześniej i złapać autobus jadący do Lysnes. Jak większość połączeń komunikacji publicznej w Norwegii, autobus ten był idealnie zsynchronizowany z promem kursującym z Lysnes do Tromsø. Podróż promem po fiordzie między wyspą Kvaløya a półwyspem Malangshalvøya, zajęła nam niecałą godzinę.

I tak oto znaleźliśmy się w Tromsø – w mieście położonym na wyspie Tromsøya, najdalej wysuniętym na północ z miejsc, które odwiedziliśmy. Już od kilku dni byliśmy przyzwyczajeni do temperatury poniżej 10 stopni, jednak to właśnie w Tromsø temperatura najbardziej zbliżyła się do zera. W Warszawie w tym samym czasie panowały 30-stopniowe upały. W Tromsø zdecydowaliśmy się na drugi na tym wyjeździe – a pierwszy niewymuszony – nocleg pod dachem, w prywatnej kwaterze. Samolot mieliśmy następnego dnia wieczorem, więc zdążyliśmy jeszcze pochodzić po mieście i wchłonąć trochę jego klimatu.

Zajrzeliśmy do dwóch muzeów: Nordnorsk Kunstmuseum (muzeum sztuki) i Polarmuseet (muzeum polarne). W muzeum sztuki trafiliśmy m.in. na wystawę poświęconą pochodzącej z tych stron malarce Betzy Akersloot-Berg. Na jej obrazach, a także dziełach tematycznie powiązanych z nią artystów, mogliśmy podziwiać krajobrazy często nieprzypadkowo przypominające te, z którymi mieliśmy styczność na Lofotach i na Senji. Muzeum Polarne w dużej mierze poświęcone było Roaldowi Amundsenowi oraz pierwszym wyprawom na Svalbard i bieguny Ziemi. Tym samym, nadało ono nieco szerszy kontekst naszej podróży.