Trekking wokół Mont Blanc cz. 1 – z Chamonix do Courmayeur

To nie tak, że od wielu lat planowałem okrążyć najwyższą górę Europy. Wprawdzie trochę czytałem o tej trasie, ale pomysł zrodził się spontanicznie, w rozmowie prowadzonej w drodze powrotnej z Norwegii. Planowania nie było zbyt wiele. Mieliśmy mapę, ramy czasowe, wizję trasy i silną determinację do jej zrealizowania. A oprócz tego chęć doświadczenia i posmakowania każdego z odwiedzanych krajów, kolejno: Francji, Włoch, Szwajcarii i ponownie Francji. A wszystko zaczęło się i skończyło na lotnisku w Genewie. Granicę przekraczaliśmy więc pięciokrotnie.

Masyw Mont Blanc w chmurach – poranny widok z okolic kempingu Les Marmottes

Gdy wracam pamięcią do tego wyjazdu, przed oczami staje mi piękno i majestat Alp. Ale jednocześnie towarzyszy mi smak francuskich serów, piwa Brasserie du Mont-Blanc, włoskiej kawy i szwajcarskiego brownie z imbirem. Tak wiele obrazów, smaków i doznań, że w ten jesienny, pandemiczny wieczór, wspomnienie tego wyjazdu jawi się jako abstrakcja. Ale po kolei. Czas przenieść się z powrotem do połowy sierpnia ubiegłego roku.

W pierwszej, francuskiej części trasy, główny ton nadawała pogoda. Nie mieliśmy ciśnienia żeby iść od razu w góry, więc pierwszy dzień poświęcliśmy na regenerację po trudach podróży i ciężkim tygodniu w pracy. Busem z lotniska w Genewie dotarliśmy do Les Houches, skąd udaliśmy się na kemping Les Marmottes. Tam dostaliśmy karnety umożliwiające korzystanie z pociągu kursującego między Saint-Gervais-les-Bains a Martigny do końca naszego pobytu. Umożliwiło to nam spędzenie kilku godzin w Chamonix-Mont-Blanc i zjedzenie pizzy tak bardzo serowej, jaka może być tylko we Francji. Była tak sycąca, że nie zdołałem zjeść jej w całości, co chyba nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło. Tego dnia ulewę udało nam się przeczekać na kempingu.

Kolejnego dnia deszcz już nas nie oszczędził. Les Houches jest miejscowością, z której zwykle zaczyna się i kończy wędrówkę szlakiem Tour de Mont Blanc. My również rozpoczęliśmy od podejścia stamtąd na przełęcz Col de Voza (1657 m), gdzie znajduje się jedna ze stacji Tramway du Mont-Blanc. Tramwajem tym można dojechać do schroniska Nid d’Aigle (2372 m), skąd prowadzi szlak na sam szczyt Mont Blanc (4809 m). Im dłużej trwało nasze podejście, tym gorsza była widoczność i coraz częściej doskwierał nam deszcz. Dlatego zamiast podchodzić pod przełęcz Col de Tricot (2120 m) by zanocować w schronisku Refuge du Miage, postanowiliśmy zejść do doliny i zanocować na kempingu w miejscowości Les Contamines-Montjoie. Wieczór spędziliśmy rozkoszując się smakiem piwa Brasserie du Mont-Blanc, który w pełni wynagrodził nam złą pogodę i brak widoków.

Widok z podejścia na przełęcz Bonhomme. Po lewej szczyt Aiguilles de la Pennaz

Od następnego poranka do samego końca naszego trekkingu, pogoda była już idealna do górskiej wędrówki. Niestety nie tylko my o tym wiedzieliśmy, czego doświadczyliśmy podchodząc szlakiem z Montjoie na przełęcz Col du Bonhomme (2329 m). Po drodze minęliśmy dwa schroniska. W pierwszym z nich (Refuge de Nant Borrant) zatrzymaliśmy się na kawę i ciastko, co stało się naszym rytuałem w kolejnych dniach. Za Refuge de la Balme (1706 m) ludzi było już nieco mniej, a i widoki stały się bardziej alpejskie.

Końcówka podejścia pod przełęcz Bonhomme. Pierwszy płat śniegu – jeden z nielicznych na naszej trasie
W chmurach po lewej szczyt Roches Merles (2497 m), w centralnym punkcie – jezioro Lac de la Gittaz.

Po wejściu na przełęcz czekało nas jeszcze trochę podejścia na grzbiet graniczny między departamentami Górną Sabaudią (ze stolicą Annecy) i Sabaudią (stolica Chambéry). Grzbietem tym wiedzie szlak na pobliski szczyt Tête Nord des Fours (2751 m), który potem trawersuje grań łączącą się z grzbietem granicznym na szczycie Aiguille des Glaciers (3816 m), by na koniec połączyć się ze szlakiem Tour de Mont Blanc na przełęczy Col de la Seigne. Pod koniec dnia doszliśmy do schroniska Refuge de la Croix du Bonhomme (2443 m). Nie spodobało nam się ono jednak na tyle, by zostać tam na nocleg. Zeszliśmy do wioski Les Chapieux z nadzieją na nocleg na kempingu, jednak to co zastaliśmy, było jedynie miejscem, w którym można było rozbić namiot i skorzystać z toalety. Prysznice były wprawdzie w pensjonacie nieopodal, ale akurat tego wieczora nie były udostępnione dla turystów.

Widok spod schroniska Refuge de la Croix du Bonhomme na zbocza i szczyty rozświetlone wieczornym słońcem. Na pierwszym planie – grań odchodząca z wierzchołka Tête Sud des Fours w kierunku południowym. Najbardziej wysunięty na prawo szczyt to Pointe de Mya (2500 m). Na drugim planie w chmurach – grupa Monte Berio Blanc-Mont de Mirande.
Wieczorny widok na pole namiotowe w Les Chapieux (w lewym dolnym rogu) i na potok Torrent des Glaciers, szczyt Pointe de la Terrasse po prawej i La Clavettaz (2637 m) – po lewej w chmurach

Kolejnego dnia postanowiliśmy skorzystać z okazji, jaką była możliwość podjazdu busem. Początkowy odcinek szlau z Les Chapieux wiódł bowiem szosą prowadzącą dnem doliny La Vallée des Glaciers. Z busa wyszliśmy w wiosce La Ville des Glaciers, skąd było pół godziny drogi do Refuge des Mottets (1870 m). Tam zrobiliśmy długą przerwę na śniadanie z widokiem na dolinę i okoliczne szczyty. Widoki te były niewątpliwie godnym pożegnaniem z francuską częścią trasy, choć tak naprawdę był to dopiero przedsmak tego, co czekało nas tego dnia. Po długiej, ale przyjemnej ze względu na widoki wspinaczce, osiągnęliśmy przełęcz Col de la Seigne (2515 m), przez którą przebiega granica z Włochami. Wtedy to po raz pierwszy mieliśmy okazję podziwiać kopułę szczytową Mont Blanc w całej okazałości. I nawet tłum ludzi na przełęczy nie był w stanie w żaden sposób zamazać pozytywnego obrazu całości.

Panorama z podejścia pod przełęcz Col de la Seigne. Po lewej na ostatnim planie: Pointe de la Terrasse, w centralnej i prawej części – grań odchodząca od szczytu Aguille des Glaciers, w której skład wchodzą m.in. leżący nieopodal szlaku z poprzedniego dnia Tête des Fours i widoczny po prawej stronie zdjęcia Mont Tondu (3196 m).
Zejście z przełęczy Col de la Seigne. Po lewej Aiguille des Glaciers, w centralnej części zdjęcia – Mont Blanc. Pomiędzy nimi Aiguilles de Tré-la-tête (3920 m). Na wprost na ostatnim planie – Masyw Grand Combin leżący w Alpach Pennińskich na granicy Włoch i Szwajcarii.

Zejście z przełęczy do doliny Val Veny było jednym z najbardziej malowniczych fragmentów trasy. Wraz z utratą wysokości, dolina zmieniała charakter. Szlak wiódł początkowo trawersem wąskiej doliny, a potem jej rozległym dnem. Z czasem roślinność i krajobraz stawały się coraz bardziej różnorodne, a zarazem osobliwe. Doskonale wtapiały się w to wszystko pozostałości starych kamiennych chat. Cały czas zmieniały się też widoki. Szczególnie malownicze były okolice jeziora Combal obrośniętego różnymi odcieniami zieleni i otoczonego ze wszystkich stron górami.

Szerokie dno górnej części doliny Val Veny. Od lewej widać kolejno szczyty: Mont Blanc, Aiguille Blanche de Peuterey (4112 m) i spiczasty wierzchołek Aiguille Noire de Peuterey (3773 m)
Widok z okolic Rifugio Elisabetta w kierunku południowym
Od lewej: Pyramides Calcaires (na pierwszym planie), grań Aiguille des Glaciers, Aiguille des Échelettes górujący nad schroniskiem Rifugio Elisabetta i po prawej stronie Aiguilles de Tré-la-tête. Poniżej tych szczytów znajduje się lodowiec Ghiacciaio della Lex Blanche.

Obok jeziora mieści się schronisko Rifugio Combal (1969 m), w którym chcieliśmy zjeść obiad. Niestety trafiliśmy tam w momencie, gdy posiłki nie były już wydawane. Zaczęliśmy więc gotować wodę na liofile, czym wzbudziliśmy ciekawość tłumów odwiedzających to miejsce, przyzwyczajonych do innego rodzaju turystyki. Z trudem udało nam się zdążyć na autobus odjeżdżający z Plan de Lognan, a jeszcze z większym trudem udało nam się do niego zmieścić. Podróż tym autobusem do Courmayeur była z pewnością najmniej przyjemnym elementem tego dnia. Nie mieliśmy wiele czasu na zwiedzanie Courmayeur, bo nie chcieliśmy by uciekł nam ostatni autobus do Tronchey – miejscowości, w której mieścił się kemping, na którym planowaliśmy nocować.

Widok na dolinę Val Veny wypłaszczającą się w rejonie jeziora Combal i wypełniające ją wszystkie odcienie zieleni. Szczyt widoczny po lewej to Aiguille Noire de Peuterey, który był też widoczny z przełęczy Col de la Seigne
Ostatnie ujęcie jeziora Combal ze szlaku w kierunku schroniska Cabane du Combal. Za jeziorem, po lewej, grzbiet schodzący z Aiguilles de Tré-la-tête, m.in. ze szczytem Aiguilles de Combai (2830 m). Nieco niżej, po prawej, pokryty kamieniami jęzor najdłuższego we Włoszech lodowca, Ghiacciaio del Miage.

Ramy czasowe wyjazdu wymuszały na nas decyzje o omijaniu niektórych odcinków szlaku. Nie żałowaliśmy jednak tych decyzji, bo naszym celem było dotarcie w miejsce, z którego wyruszyliśmy. Półmetek wyjazdu świętowaliśmy przy włoskim winie, w namiotach z widokiem na Mont Blanc. Tym razem już od wschodu. Mieliśmy za sobą trzy intensywne dni, z czego dwa ostatnie – tak mocno obfitujace w unikalne krajobrazy i widoki, że nawet tłum ludzi na szlakach i w autobusach nie był dla nas problemem. Drugą część naszej wycieczki opiszę w osobnym wpisie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *